poniedziałek, 15 maja 2017

Zwierzoludzie - Herszt

101 dzień w sieci...
Pierwsze sto dni za mną...

Kolejny model, który czekał długie lata na pomalowanie, to Beast Chieftain produkcji Avatars of War. Przewodzi on mojemu zbrojnemu stadu Zwierzoludzi do Warheima.

Model sam z sobie bardzo ładny, ale moja kopia zawierała sporo błędów w odlewie, a nadlewki i linie podziału były dość trudne do usunięcia. Dostałem go dobrych kilka lata temu, więc nie wiem, jak to się ma do dzisiejszej jakości tej marki.

Co do malowania, to konsekwentnie użyłem tej samej palety, jak przy stronnikach. Wyszło dość ciekawie, ale nie jest to model, z którego jestem szczególnie dumny. Malowanie było trudne -  z modeli jakie dotychczas malowałem, ten sprawił mi największe trudności.

W najbliższym czasie będę zajmował się modelami do 40stki, co przyniesie mi nieco odpoczynku od zwierzaków.

To również wpis po okrągłych stu dniach istnienia bloga, więc czas na mikro podsumowanie.
- Opublikowałem 12 postów.
- Blog wyświetlono 2000 razy

Najważniejsze jednak, że blog motywuje mnie do pracy. Jestem pewien, że gdyby nie on i Wasze komentarze pod postami, to nie zrobiłbym połowy z tego, co udało się mi sklecić.

Pozostaje mi podziękować tym, którzy przez te pierwsze sto dni byli ze mną i liczyć na to, że zajrzycie tu jeszcze raz.

niedziela, 7 maja 2017

Zwierzoludzie - Szamanka

93 dzień w sieci
Pierwszy raz z metalem...

Są modele, które posiada się od dawna i aż wstyd, że nie zostały jeszcze pomalowane - wypalają dziurę na półkach. Sytuacja jest jeszcze gorsza, gdy modele te regularnie uczestniczą w grach. Nie można wtedy być ich pewnym - w końcu, jak każdy wie, pomalowane modele walczą lepiej.

Niechlubnym przypadkiem takiej figurki jest poniżej prezentowany model Zwierzoludki (może raczej Zwierzobaby?), obecnej w mojej kolekcji od bardzo dawna. Brała udział w wielu potyczkach w Mordheim i Warheim, z różnym skutkiem miotając zaklęcia we wrogów mrocznych bóstw.

Model wykonany przez firmę Heresy Miniatures, został odlany z metalu i przysporzył mi kilku trudności podczas malowania. Zapewne przez to, że nie nawykłem do zdobienia metalowych modeli. Postanowiłem wyróżnić szamankę spośród pozostałych Zwierzoludzi innym kolorem włosów/futra. Poza tym trzymałem się konwencji kolorystycznej, jaką przyjąłem dla reszty drużyny.



Tym sposobem jestem o krok bliżej do ukończenia malowania mojego oddziału Zwierzoludzi do Warheima. Pozostał mi jeszcze Herszt, Minotaur, Rydwan oraz Ogary Chaosu.

Jak zawsze zapraszam do komentowania.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Iron Hands Devastator Squad - szalone konwersje atakują 40ste tysiąclecie!

86 dzień w sieci
Drugi post w kwietniu, szaleństwo...

Ostatnio na przekór nawałowi pracy i napiętemu grafikowi zacząłem grywać w Warhammera 40 000, w związku z tym potrzebuję nowych modeli. Wyjąłem zatem nożyki, pilniki i postanowiłem popsuć trochę figurek.

Ale najpierw nieco wstępu :)

W świecie dalekiej przyszłości, gdzie trwa permanentna wojna, poprowadzę do boju zakon Adeptus Astartes Iron Hands. Wybór podyktowany został dwoma powodami: po pierwsze spodobało mi się tło fabularne tej frakcji, ich uwielbienie dla bioniki i zawołanie bitewne: "The Flesh is weak!". Po drugie lubię przerabiać figurki, a ta armia daje ku temu dużo możliwości.

Przed Wami drużyna ciężkiej broni wyposażona w gravcannony. Sierżant został złożony w całości z różnych bitsów, pozostali marines są konwersjami standardowego ludka z pudła "Bitwa o Marcragge". Figurki odlane zostały prawie w całości (tylko bolter i plecak są osobno), więc było z tym nieco zabawy.

Drużyna w komplecie

Sierżant





Figurka przed konwersją.

To mój pierwszy post związany ze światem Warhammera 40 000 i pierwszy, w którym prezentuję figurki po konwersjach, ale przed malowaniem. Dajcie znać, co o tym sądzicie :)

piątek, 21 kwietnia 2017

Wybrani i odrzuceni - XXXII FKB Szalone konwersje

77 dzień w sieci
Jeszcze nie umarłem...

Kwiecień plecień, bo przeplata trochę pracy, trochę pracy.
Jednym słowem kwiecień nie pozostawił wiele czasu wolnego na działania hobbystyczne, ale mimo to udało mi się nieco zdziałać.
Przed Wami wpis w ramach XXXII Karnawału Figurkowego.
Zapraszam do zapoznania się z historią tego motywującego przedsięwzięcia, rozpoczętego przez Inkuba w 2014 roku na blogu Wojna w miniaturze.

W tym miesiącu gervaz na łamach Bitewniakowych Pogranicz postawił naprawdę interesujące wyzwanie. Podniosłem rękawicę, zabrałem się do roboty i to moja odpowiedź na te trzy stopniowe zadanie :)

Część pierwsza - Legion

A raczej legionik.
Gervaz prosi o pokazanie figurek, jakie czekają jeszcze na swoją przygodę z pędzlem.
Jako, że moja przygoda z bitewniakami nie jest zbyt długa, to i ogromnej ilości niepomalowanych modeli nie mam.


Trochę modeli do 40'tki, z którą ostatnio rozpocząłem przygodę. Tutaj znajdują się grani przeze mnie Space Marine, modele tyrków, makiety z The Battle For Macragge i (nie wiem skąd obecny) oddział Kroot Carnivore Squad (Boże, jak te model mi się podobają), do tego niewidoczny na zdjęciu pojedynczy Gretchin z 2 edycji.
Zaraz obok szalona mieszanina modeli do fantasy battle, a raczej do Warheima. Trochę zwierzoludzi do dokończenia, oldhammery czekające na swój czas, gobliny pragnące zostać piratami i mała grupka skavenów.
Całkiem na lewo modele do LotR'a, czy raczej Hobbita.

Nie ma tego dużo, ale w moim tempie pomalowanie ich zajmie lata :D

Część druga -  Wybrani

Szukałem, szukałem i znalazłem - 2 modele, których konwersje rozpocząłem jeszcze dawno temu, gdy grywałem w Mordheim i o Warheimie słyszałem tyle, że podobno ktoś, gdzieś zrobił jakieś fanowskie zasady. W szale początkującego zapaleńca pociąłem figurki, połączyłem je i.... zostawiłem w szufladzie. Pełen obaw ruszyłem do ratowania tych modeli - bo, jak nie teraz, to pewnie już nigdy.

Prosto z szuflady

Pierwszy model jest konwersją staro-edycyjnego Gora na Ungora chorążego do Warheima. Ten model, zanim trafił do szuflady, był już prawie kompletny - niewiele miałem dodatkowej pracy.
Drugi to szalona hybryda identycznego Gora oraz oldhammerowego wojownika chaosu - w tym wypadku z szuflady wyjąłem sklejone nogi z torsem  - wszystko słabo dopasowane i opiłowane na pałę. Model miał przedstawiać Gora, który awansował do rangi bohatera, w związku z czym sprawił sobie cięższy pancerz. Zmieniwszy nieco antyczną koncepcję, postanowiłem dodać więcej futra - niech nasz nowy bohater będzie większy i dzikszy niż koledzy. Głowa powstała z wilczego łba z goblińskiej jazdy oraz części z nowych zwierzoludzi. Do tego "trochę" green stuffu i bestyjka gotowa do malowania.



Malowanie w tym samym schemacie kolorystycznym, co prezentowani już wcześniej stronnicy.
Pewne problemy sprawił mi sztandar, długo wahałem się nad jego kolorystyką. I choć freehand nie jest moją mocną stroną to, nawet jestem zadowolony, brudna szmata z niedbale wykonanym symbolem jakoś pasuje mi do beastmenów.

Tym sposobem udało się mi uratować modele, które już od dłuższego czasu były spisane na straty.





Część trzecia - Odrzuceni

Czas powiedzieć głośno to, co już dobrze wiem. Odrzuconymi w mojej kolekcji zostaną modele do LotR'a - wszystkie i bez wyjątku. Grając w Warheima i Warhammer 40 000 na pewno nie znajdę czasu na kolejny system.
A gdybym miał wybrać modele do malowania na półkę, to raczej sięgnę po inne, niż po kolegów pana Bagginsa.
Pozostaje tylko znaleźć dla nich nowy dom :)

Przykro mi panie Baggins

To na tyle w dzisiejszym wpisie.
Jak zawszę zapraszam do komentowania.

niedziela, 26 marca 2017

Za kapsel od piwa

61 dzień w sieci
Życie życiem a blog blogiem

Gdy rozpocząłem prowadzenie tego bloga, obiecałem publikować poza bitewniakami także teksty traktujące o grach RPG. Najwyższy czas wywiązać się z tej obietnicy.

W gry fabularne gram od wielu lat, a od piętnastu jestem narratorem opowieści. I choć jako mistrz gry wychowałem się na Dungeon and Dragons, to dziś prowadzone przeze mnie sesje niewiele mają wspólnego z tym kanonicznym RPGiem. Teraz składa się na nie autorska  mechanika i dużo opowieści - nazywam je storytellingiem ze wspomaganiem.

Dlaczego opuściłem krainę rzutów wiadrem kości i tabelek na każdą okazję? Dlaczego nie gram już w starego dobrego DnD'eka, czy inny system? Po co próbuję tworzyć swoją mechanikę, gdy w sieci jest ich od groma?

Może miałem dość graczy, którzy nigdy, przenigdy nie czytają podręczników? Albo dość pojękiwania, że systemy są nielogiczne? A może chciałem mieć narzędzie, które pozwoli zagrać od razu nawet tym osobą, które będą grać po raz pierwszy?

Cóż, chyba wszystko po trochu zaważyło na mojej decyzji.

Dziś chciałem podzielić się z Wami taką właśnie szybką mechaniką RPG. Bazuje ona na rozwiązaniach, które wielu z Was zapewne zna. I choć nie jest ona odkrywcza, to dobrze się sprawdza.

Ale zanim dobierzecie się do zamieszczonego poniżej skromnego PDF'a, krótka historia o początkach tej mechaniki.

Czas: początki studiów. Wyjazd na konferencję. Grupa zmęczonych całodziennymi wykładami studentów. Wieczorem pada propozycja - sesja RPG. Zero podręczników, zero scenariusza i do tego grupa mieszana - świeżynki i zaprawieni gracze. Dlaczego, by nie?

Zaczynamy:
- A w jakim klimacie gramy? Fantasy, sf? A może coś z filmów - będzie łatwiej dla nowych.
- Ok. Więc zagramy coś a la Men in Black. Jakieś jeszcze życzenia?
- Chcecie, aby miejsce akcji było wam znane? Dobra, to może Gliwice - każdy z nas zna.
- Tak, widziałem te lampy w pokojach. W ogóle pensjonat komuna na wypasie. Chcecie użyć tego klimatu? No dobrze, ja tu tylko będę prowadził.
- Podsumujmy. Gramy w Gliwicach, komuna nigdy nie upadła, mamy rok ok. 2000, a wy wcielacie się w agentów, który mają zając się sprawą kosmitów na terenie Politechniki Śląskiej. Coś pominąłem?
- Jest nas dużo. Mamy się dobrze bawić na tej jednostrzałówce, więc mechanika będzie prosta: każdy wymyśla sobie dwie cechy - jedną super (zaje**stość) i jedną wadę (ch**owizne). Mogą być odjechane, czemu nie. Teraz bierzcie po dwa kapsle do ręki, używacie super cechy dajecie mi żeton, ja używam waszej wady oddaje wam żeton. Prawda, że proste?

Sesja z tych, które zapadają w pamięć. Studenci jako pseudozombi sterowane przez kosmitów. Pojedynek na 12 piętrze Supersamu. Osiłkek rzucający Franią 3000 w kosmistów w prochowcach. Śmiertelna winda. Podejrzane kaczki na Kłodnicy i oldschoolowy robot pająk z promieniem śmierci na Placu Piastów w finale sesji. Dużo śmiechu, gracze z wypiekami na twarzy i tona, tona dobrej zabawy.

Tak się zaczęło. Gra na kapslach od piwa.
Z czasem pojawiła się potrzeba kostek - nie dla graczy, ale dla mnie, aby dodać element losowy i zdjąć z moich barków, niektóre decyzje. I to w zasadzie tyle.

Przed Wami pierwsza publiczna prezentacja tej prostej mechaniki.
Oczywiście to wciąż wersja robocza i jeszcze sporo pracy przede mną.

Mechanika
Karta postaci awers
Karta postaci rewers

Dajcie znać, co o niej myślicie.
Może spróbujcie coś zagrać.

Bawcie się dobrze. 

sobota, 11 marca 2017

Planszówkowe Białe Kruki - (nie do końca) Figurkowy Karnawał Blogowy XXXI

46 dzień w sieci
Sam nie wiesz, co masz w szafie...

Po raz kolejny biorę udział w  Figurkowym Karnawale Blogowym. Tym razem dość przewrotnie nie pokażę figurek, ale coś z naprawdę starych planszówek. Nie da się ukryć, że to właśnie te tytułu przyczyniły się do tego, że ostatecznie wpadłem w szaleństwo gier bitewnych. Odkurzenie ich to podroż do dzieciństwa.

Ale najpierw, aby formalności stało się zadość:  XXXI edycję FKB prowadzi Grish na swoim blogu Fat Lazy Painter, a całą tę doskonałą zabawę rozpoczął Inkub na blogu Wojna w miniaturze
Tematem trzydziestej pierwszej edycji jest Biały Kruk - tak więc zajrzałem do szafy z największymi skarbami i oto one.

Na pierwszy ogień moja najbardziej ograna planszówka - Przekleństwo Mumii. 

Wiele godzin spędziłem wraz ze znajomymi przy tej grze produkcji Games Workshop, wydanej w Polsce przez Sferę. Nie ukrywam, że sporo czasu spędziłem przy niej również sam, bo ta gra z 1988 roku ma zasady dla gry solo (!). I to naprawdę działa!
Ta gra, po którą sięgnąłem nie długo po warcabach i Fortunnie, całkowicie wywróciła moje myślenie o grach. Trójwymiarowa plansza, dwunastościenna kość (która po raz pierwszy pojawiła się wtedy w nadwiślańskim kraju), różne postacie o odmiennych statystykach, potwory, zagadki, mumie, zamknięte sarkofagi i pościg w poszukiwaniu eliksiru nieśmiertelności - a to wszystko w klimacie niczym z filmów o Indiana Johnsie! Tak ta gra spędzała mi sen z powiek w dzieciństwie. 

Niedawno wraz ze znajomymi znów się pochyliliśmy nad nią i jak się okazało nie straciła ona ani trochę ze swojej magii, może wręcz odwrotnie. Na plus, poza niezwykle przyjazną instrukcją, zaliczyć można grafikę i krótkie, ale klimatyczne fabularne wstawki do spotkań, jakie odbywamy wewnątrz wielkiej piramidy. Doskonale wymyślony jest również sposób, w jaki poruszamy się po planszy - poza graczem aktualnie wykonywającym swoją turę pozostali uczestnicy gry mają możliwość zagrania na kogoś karty ruchu - w efekcie rywalizacja jest niezwykle zacięta, a postacie błądzą niczym w prawdziwym labiryncie.
Dziś ta gra jest dla mnie bezcenna.





Tuż obok na półce znajduję drugiego bohatera dzisiejszej opowieści.
Który z pisarzy zrobił dla nas zarażonych fantastyką więcej niż mistrz Tolkien? 
Ja należę do tych, którzy po dziś dzień czytują Władce Pierścieni czy Sirmallion z niegasnącym zapałem. Tym cieplej myślę o następnej grze, jaką chcę Wam zaprezentować. 

Przed Wami pierwsza polska planszowa wojenna gra strategiczna - Bitwa na Polach Pelennoru.

Oblężenie Minas Tirith rozpalało wyobraźnie na długo przed tym zanim ujrzeliśmy ją na ekranach kin. I niejednego zastanawiało, czy to mogło potoczyć się inaczej.  W tej przeznaczonej dla dwóch osób planszówce gracze odgrywają starcie sił Saurona i  Wolnych Ludzi. Gra jest dość skomplikowana, ale tym z Was, którzy grywają w bitewniaki nie powinna sprawić żadnych trudności.
Po przebrnięciu przez obszerną, ale pisaną zrozumiałym językiem instrukcję, można zasiąść do około czterogodzinnej rozgrywki i rzucić swoje armie - papierowe żetony - do morderczej walki na polu bitwy - dużej hexagonalnej planszy.
I mimo, że wydana przez Encore gra nie wygląda dziś imponująco, to nie grafika zachwyca w nej, a odwzorowanie klimatu książki. Mamy do dyspozycji jednostki doskonale znane z trylogii - ogromne olifanty (tudzież mumakile), dzikie ludy z Hardu, mnogość orków, Grandalfa i Króla Nazguli, Rohan naciągający jako posiłki i wiele innych smaczków. Wciąż mało? Katapulty miotające kamienie, ogniste kule, odcięte głowy, kubły z wrzącą smołą i czarodziejski taran wykuty w ogniach Mordoru. Tak to spełnienie  marzeń dla tolkienomaniaka. A grafika na pierwszej stronie instrukcji do dziś jest jednym z moich ukochanych obrazów fantasy.
Mój egemplarz to drugie wydanie gry opublikowanej w 1984r.





I na koniec gwóźdź programu, mój biały kruk: "nowiutki" Gwiezdny Kupiec 

I choć mój egzemplarz do dziś jest dziewiczy, to stanowi dla mnie również coś szczególnego. Dlaczego? Ta gra z 1982 roku nie posiada grafiki - naprawdę - to tylko tabele i żetony. Za to twórcy przed samą instrukcją umieścili opowiadanie wprowadzające graczy w świat gry -  i właśnie za to uwielbiam tę grę - porusza wyobraźnie. Olbrzymie fregaty handlowe przemierzające zimny kosmos. To jeden z kamieni milowych do mojego uwielbienia s-f. O wiele później czytając Diunę wracałem myślami właśnie do tej gry.
Dziś, gdy już po raz kolejny kończę lekturę instrukcji wiem, że w najbliższym czasie postaram się uczynić moją wersję gry używaną.





I to tyle ode mnie. Mam nadzieję, że nie zanudziłem Was okrutnie. Dajcie znać jak się podobało. Kto wie, może pojawi się tu więcej o grach na planszy.
A może ktoś ma ochotę na partyjkę? :)








wtorek, 28 lutego 2017

Fire Wizard - Figurkowy Karnawał Blogowy XXX

35 dzień w sieci 
Byle tylko zdążyć przed północą... 

Większości z Was nie trzeba przedstawiać inicjatywy Figurkowego Karnawału Blogowego, ale dla tych, którzy po raz pierwszy się z nim stykają szybkie wyjaśnianie. FBK to inicjatywa mobilizująca co miesiąc blogowe środowisko związane z grami bitewnymi. Wszystko rozpoczął Inkub w 2014 roku na blogu Wojna w miniaturze. Tematem XXX jubileuszowej edycji, wybranym przez  psborsuk'a na blogu  Borsuczy warsztat, jest epickość. 

Miała być epicka diorama, potem opowiadanie związane z figurką, ostatecznie udało się ukończyć tylko model. Przed wami Fire Wizard od Games Workshop wydany w roku 2000 w pudełku GW Toy Box FT03 przenoszącym modele z Talizmana 3ed do Warhammera. O wcześniejszych przygodach tego modelu możecie poczytać w poprzednim wpisie.

Gdy poznałem temat XXX odsłony nie miałem wątpliwości, że właśnie ten model trafi na warsztat. Jego poza i zwichrzona fryzura sama mówi o tym, jak epickie zaklęcie właśnie splata. 

Model malowało się bardzo przyjemnie i sprawił mi sporo radości mimo, że malowałem go ze sporymi obawami - to w końcu pierwszy ludzki model, jaki udało mi się popełnić. Zdecydowałem się na złamanie sztampowej kolorystyki magów ognia i nie żałuję. 

W przyszłości planuję zmalować wszystkich magów należących do tego zestawu, a każdy z nich znajdzie miejsce w drużynach do Warheima. 

Jak zawsze czekam na komentarze i rady na przyszłość.