sobota, 30 grudnia 2017

Świąteczna Wymiana Figurkowa 2017

321 dzień w sieci...
Prezenty!

Święta już za nami, najwyższy czas pochwalić się tym, co znaleźliśmy pod choinką!

W tym roku postanowiłem dołączyć do Świątecznej Wymiany Figurkowej, podczas której blogerzy uczestniczący w Figurkowym Karnawale Blogowym obdarowują się wzajemnie prezentami. Każdy z nas malował w tajemnicy model i sam otrzymał prezent od tajemniczego Mikołaja.

Zanim dotarła do mnie paczka od Maniexa z bloga Maniexite byłem już pewien, że to on dla mnie maluje - w naszych rozmowach zbyt często pojawiał się temat tego nad czym pracuję i co następne w drodze na warsztat. Jeśli jednak sądzicie, że dzięki temu oczekiwanie na przesyłkę było łatwiejsze, to mocno się milicie.
Gdy paczuszka dotarła w moje skromne progi, to prawie rozrezwałem ją zębami - tak bardzo chciałem zobaczyć, co jest w środku.

Moim oczom ukazała się przepiękny model, na cudnej podstawce (Maniex przyznaj się skąd ją miałeś!). Trzeba przyznać, że mój tajemniczy Mikołaj ciekawie interpretuje "pieszy model w skali 28mm" :D

Model wybrany przez Maniexa był zaskoczeniem, ale już znalazł swoje miejsce w armii - na dzień dzisiejszy ma na swoim koncie trzy bitwy i na pewno na tym nie poprzestanie.



Uroczy detal zwiastujący to jak spędzę emeryturę :D 

W tym roku miałem możliwość zmalowania modelu dla Skavenblight z bloga Hakostwo.
Nie ukrywam, że oblał mnie strach - blog Skavenblight (i Kapitana) to jedno z miejsc, które odwiedzam regularnie i jedno z dwóch miejsc w sieci, które podtrzymały moją pasję dla Mordheima w czasie, gdy przez kilka lat nie miałem czasu grać.

Jak tu zabrać się do takiego zadania. Ciężko wybrać model - wszak ciężko o model, który kiedyś nie był w rękach obdarowanej :P

Postawiłem na najbardziej Mordehimowy model, jaki udało się mi zdobyć i pomalować go tak dobrze, jak moje dzisiejsze umiejętności mi pozwalają. Postanowiłem jednak postawić na własny schemat kolorystyczny - miałem nadzieję, że będzie dzięki temu unikalna.

Cały model umieściłem na cmentarnej podstawce od Micro Art Studio.

Taki spakowałem i wysłałem - licząc, że spodoba się adresatce. Choć kusiło mnie, aby go zatrzymać - bo jestem całkiem zadowolony z efektu końcowego.




I mały WiP aby pokazać twarz modelu


Świąteczna Wymiana sprawił mi mnóstwo radości i jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, to w przyszłym roku też chętnie wezmę w niej udział.

Tymczasem do zobaczenia w 2018 roku.
Bawcie się dobrze witając Nowy Rok!

niedziela, 24 grudnia 2017

DIY for Christmas - czyli modelarz na święta

315 dzień w sieci.
Jest taki dzień...

Na początku chciałem złożyć Wam wszystkim najserdeczniejsze życzenia z okazji świąt.
Niech życie nigdy Wam nie przeszkadza w hobby, a każdy dzień niech przynosi satysfakcje i zadowolenie. Życzę Wam aby te kilka specjalnych dni przyniosło mnóstwo pozytywnej energii, a czas spędzony wśród bliski przegonił wszelkie troski.  

Prócz tego wielu sukcesów w modelarskim warsztacie i na polach bitew, do tego idealnie kładących się farb, nie niszczących się pędzi i plastikowych Sisters of Battle. 

Jednym słowem niech Wam się darzy.




Grudzień to specyficzny czas, wiele rzeczy odciągało mnie od hobby ale w tym wypadku ciężko nazwać to nieprzyjemnym.
W szale (oj to był istny berserk) świątecznych przygotowań udało się mi dokonać kilku około modelarskich "wyczynów", którymi będę się teraz z wami dzielił.

Na pierwszy ogień idą ręcznie zdobione bombki, bo w końcu to prawie to samo co figurki....
Okazało się, że nie do końca - efekty nie do końca takie jak oczekiwałem ale za rok pewnie będzie lepiej.





Drugie wyzwanie było co najmniej ciekawe - gdy twoja towarzyszka postanawia wykorzystać twoje hobby w kuchni nie ma siły - trzeba :D Skleiłem i ozdobiłem piernikowy domek! To najgorzej dopasowany model jaki sklejałem. Efekt jest kolorowy, słodki i mocno naiwny - czyli taki jaki miał być domek na święta.






To tyle w tym świątecznym wpisie. Następnym razem wrócimy do zwyczajowych tematów tego bloga.

Jeszcze raz wesołych świąt i smacznych makówek!

czwartek, 30 listopada 2017

Figurkowy Karnawał Blogowy - ed. XXXVIII - "Ulepek" - o wszystkim i o niczym

291 dzień w sieci...
Karnawał na ostatnią chwile - jak zawsze.

Kolejny miesiąc za nami - czas na kolejny wpis dotyczący Figurkowego Karnawału Blogowego.
Tym razem pominę standardowe przypomnienie, że karnawał rozpoczął Inkub na swoim blogu Wojna w Miniaturze, a podsumowanie dotychczasowych edycji znajdziecie tutaj.

Tym razem temat wybierał Pepe prowadzący bloga Fantasy w miniaturze. Tym samym uczyniłon listopad miesiącem Ulepków. 

I chciałbym tu pochwalić się wielkimi osiągnięciami w sferze rzeźbienie samodzielnie figurek ale nie mogę tego zrobić, bo rzeźbie nie najlepiej. Moje dotychczasowe ulepki to raczej dodatki i uzupełnienia. Ale to nie tak, że masy modelarskie całkiem są mi obce, trochę się z nimi bawię.

A więc do rzeczy. Dzisiejszy wpis podzieliłem na trzy części.
W pierwszej zobaczycie nieliczne próby rzeźbienia dodatków do modeli.
W drugiej opowiem nieco o zabawach z masami wielokrotnego użytku do wykonywania form. Od dawna miałem o tym napisać ale jakoś nie było motywacji.
W trzecie zobaczycie drobiazgi jakie spróbowałem wykonać specjalnie na tę okoliczność.

I - trochę greenstuffu tu i jakoś będzie.

Tak jak wspomniałem nie rzeźbie dużo i raczej dość amatorsko. 
Większości to uzupełnienia luk w modelu lub drobne dodatki.
Z poważniejszych projektów o których warto wspomnieć:

Dwaj Zwierzoludzie prezentowani już na blogu, w tym temacie. 



Demogorgon prosto z serialu Stranger Things - którego pokazałem już tutaj


Oraz jeszcze nie prezentowana na blogu bestia do rydwanu zwierzoludzi.
Sam model to zabawkowy niedźwiedź polarny wykopany gdzieś z odmętów dzieciństwa - był uprzejmy hibernować wiele lat w pudle z ołowianymi żołnierzykami. 

I tak po prawdzie to tyle z rzeczy o których warto wspomnieć w temacie rzeźbiarstwa. Ruszajmy dalej.

II - zrobić, formę wypełnić masą i gotowe. Tu musi być proste...

Zdarzyło się wam, że chcieliście mieć ciasto i zjeść ciastko? Albo mieć oryginalną figurkę i skonwertowaną figurkę? Ja za każdym razem, gdy biorę na do ręki model z Talizmana lub starszych edycji chciałbym go powielić, aby kopie móc w spokoju poćwiartować i przerobić według własnego uznania. 
A może w pudełku z figurkami jest za mało SUPER FAJNEGO TOPORA, w który chcielibyście wyposażyć każdego z waszych wojaków, a producent przewidział na dwunastu chłopa tylko jeden?
Jeśli rozumiecie choć jeden z tych problemów to nie zdziwcie się, że postanowiłem coś z tym zrobić. 
Obejrzawszy kilka filmików w sieci zapragnąłem samodzielnie wykonywać sobie części do modeli. 
Nieoczekiwaną przeszkodą okazał się brak dostępności tzw blue stuff'a w Polsce. (Brak chwilowy jak się okazało). Nie zrażony zakupiłem polski odpowiednik i próbowałem swoich sił.
Winny jestem wam jeszcze jedno zdanie o idei mas typu Blue Stuff. Specyfiki te, pod wpływem ciepła, najczęściej po wrzuceniu do gorącej wody, stają się elastyczne a gdy ostygną nie ulegają odkształcenia. Cały "bajer" w tym, że masę taką można używać wielokrotnie - wrzucamy formę do wrzątku i po chwili możemy wykonać inna nową. Czym różni się biały granulowany twór od niebieskiego? Zasadniczo tylko jedną właściwością - podczas blue stuff zastyga pozostając nieco elastyczny to jego biały odpowiednik staje się twardy jak kamień. Jak możecie się domyślić wyciąganie elementów z twardych form to koszmar. Nie poddałem się jednak. I choć "niebieska masa" jest o niebo lepsza to elementy z niezamykanych form można tez z powodzeniem wykonywać z jej granulowanego odpowiednika.
Przed wami garść zdjęć z zabaw z masą oraz efektów prac

Produkt przed pierwszym użyciem

Wsypujemy do wrzątku

Czary! panie czary!








Od lewej: oryginał, słabej jakości masa a la gs w twardej formie oraz poxilina w formie z blue stuffu.

Od lewej: oryginał, słabej jakości masa a la gs w twardej formie oraz poxilina w formie z blue stuffu.

Bardziej udane części.


Poniosłem też porażki


Warto wspomnieć, że tą metodą wykonałem gąsienice, koła oraz boczne wyloty spalin w razobacku jakiego ostatnio ukończyłem. 

Co mas którymi wypełniałem formy- jak widzicie na zdjęciach używałem wszystkiego co miałem w domu: green stuff, polski tani odpowiednik gs'u, miliput, poxilina etc. Najlepsze efekty uzyskałem przy użyciu green stuffu ale poxilina niewiele mu ustępowała. 


III - Drobnostka specjalnie z okazji

Mimo patologicznego braku czasu chciałem wykonać coś specjalnie z okazji listopadowego lepienia. 
Spróbowałem wyrzeźbić symbol Zakonu Iron Hands na naramiennikach dla moich kosmicznych marynarzy. Następnie spróbowałem skopiować je z użyciem blue oraz green stuffa. Efekt niestety daleki od ideału, ale na czymś człowiek musi się uczyć. 

Gołe narramienniki

Z moimi "ambitnymi" rzeźbami

I nieporadne próby zrobienia kopii


Jeszcze to opanuje. 


To tyle na dziś, tym którzy przebrnęli przez ten wpis dziękuje za wytrwałość. Mam nadzieje, że wasza walka z rzeźbieniem i masami modelarskimi sprawi wam wiele frajdy.

Jak zawsze zapraszam do komentowania. 
Miłego początku grudnia! 

wtorek, 28 listopada 2017

Czołgiem - Iron Hands Razorback Scratch Build cz.2

289 dzień w sieci...
Drugi występ tego samego kawałka PCV.


180 dni temu przedstawiłem Wam relację z budowy mojego pierwszego pojazdu, stworzonego od postaw - możecie o tym poczytać tutaj.

Jakiś czas później opublikowałem tutorial dotyczący budowy Assault Cannon, a dziś prezentują Wam ukończony Razorback dla moich Iron Handsów.

Malowanie pojazdów to dla mnie nowość. Jednak jak na pierwszy raz jestem zadowolony z efektu, choć oparłem się pokusie dodania na nim miliarda efektów, których jeszcze nie potrafię i nadal sceptycznie podchodzę do kalkomanii - prawdopodobnie robię coś źle w jej kwestii.

Razorback staje się tym samym oficjalnie moim pierwszym ukończonym modelem do armii Iron Hands. Oby dobrze i długo służył moim marynarzom.






Bonusowo rozmazane zdjęcie prosto z biurka.


Dajcie znać, co sądzicie.
I jakie Wasze zdanie na temat Scratch Build'ów na polu bitwy? Akceptujecie czy nie?

Imperator chroni!



poniedziałek, 27 listopada 2017

Pirat Janusz - kolejny stronnik do odziału Piratów z Sartosy

288 dzień w sieci...
Znów życie pokonało bloga.

Po raz kolejny zwykłe życiowe sprawy przeszkadzają w uprawianiu hobby. I po raz kolejny wpisem, który przełamuje impas jest model pirata.

Przed wami ekspresowy wpis: Pirat Janusz.

Model to tak jak ostatnio produkcja Privateer Press z 2007.
Samo malowanie przebiegło dość szybko. Tak jak w przypadku jego poprzednika tak i teraz to raczej model do gry niż do gabloty. Sama rzeźba ma dynamiczną pozę ale jakoś do mnie nie przemawia. Za to malowanie detali pasków i sztyletu sprawiło dużo frajdy - szkoda tylko, że większość detali widoczna jest tylko od tyłu modelu.
Moje autorskie przeróbki w tym wypadku ograniczyły się do podstawki - która jak zawsze przyniosła mi najwięcej radości - wiem to dziwne, że z figurki najbardziej lubię podstawkę.

Mój świeżo zmalowany pirat dołączy, jako stronnik, do oddziału Piratów z Sartosy podczas rozgrywek Warheima. Trzymajcie kciuki, może uda się pomalować cały odział przed Marcowymi Mistrzostwami Polski w Warheima.

To tyle ode mnie, mam nadzieje, że najbliższe dni będą łaskawsze dla hobby.








czwartek, 9 listopada 2017

Pokusa Arcylicza - dziennik tatuatora cz.1

270 dzień w sieci...
Nie samym bitewniakiem człowiek żyje.

Jakiś czas temu wraz ze znajomymi rozpoczęliśmy rozgrywki w Warhammer RPG. Pierwsza kampania, którą udało się nam rozegrać nosiła tytuł Cienie pod Oldenlitz. Prowadzącym został QC i jego relacje z tych sesji możecie znaleźć tu.

Poprzednio nie udało się mi przygotowywać takich wpisów, teraz jednka postaram się to nadrobić.

Najpierw historia postaci:
Ingwar Egonsson - historia postaci

Ingwar urodził się jako trzeci syn w kupieckiej rodzinie stołecznego Altdorfu. Małżeństwo jego rodziców było dziwacznym mezaliansem - bogata mieszczanka poślubiła ekscentrycznego przybysza z północnych krain, parającego się sztuką tatuowania. Małżeństwo Egona i Matyldy nie trwało długo, ale było szczęśliwe. Matylda posiadając dwóch synów z pierwszego małżeństwa, którzy przejęli już rodzinny interes, mogła poświęcić się wychowaniu pozostałej piętki dzieci, z drugiego małżeństwa

Szybko stało się jasne, że Ingwar odziedziczył o wiele więcej cech po swoim ojcu niż po matce. Jako jedyny yprzejawiał zamiłowanie do rysunku i innych sztuk. Egon upatrzył sobie w nim swojego następcę, dziecko któremu przekaże tajniki sztuki tatuowania. Z każdym rokiem coraz wyraźniej widać było, że prócz talentu chłopak odziedziczył po ojcu również wiele dziwactw. Rzadko potrafił usiedzieć bezczynnie, panicznie reagował na wybuchy gniewu otaczających go ludzi, niekiedy opowiadał o rzeczach, które tylko on widział. Jednak dzięki wysiłkom ojca, Ingwar wyuczył się zawodu i wraz z nim spędzał długie godziny w ojcowskiej pracowni.

Szczęśliwe dzieciństwo nie trwało jednak wiecznie.

Niedługo, po szesnastych urodzinach, chłopak przeżył cios, który głęboko wrył się w jego psychikę.

W warsztacie, w którym pracował jego ojciec wybuchł pożar. Ogień strawił doszczętnie budynek, zabierając ze sobą ojca Ingwara. Na tym nie skończyło się jednak brutalne spotkanie chłopaka z rzeczywistością. Jako, że Egon nigdy nie należał oficjalnie do cechu, mistrzowie zagrozili młokosowi zakazem wykonywania zawodu.

Targany młodzieńczą pasją wciąż, pogrążony w żałobie po stracie ojca, Ingwar zamiast użyć wpływów matki lub przyrodnich braci, zwrócił się ze swoją sprawą do lokalnego sądu Vereny. Kapłani nie chcą narażać się gildii i kierując się ściśle literą prawa orzekli, iż uczeń tatuażysty, nie będącego mistrzem cechu, nie może samodzielnie wykonywać zawodu.

Następne miesiące były dla Inqwara niezwykle ciężkie. Z rozpaczy wyrwała go dopiero propozycja przenosin na północ, którą listownie złożył mu wuj od strony ojca, Ubald.

Młodzieniec przysposobił się do podróży, wcześniej przekazując wujowi majątek pozostawiony mu przez ojca oraz pieniądze, które otrzymał od matki na start w nowym miejscu.

Jakie było zdziwienie Ingwara, gdy po przybyciu do Oldenlitz, zamiast przygotowanego domu zastał tylko wiadomość, że Ubald opuścił miasto nie pozostawiając w nim niczego.

Tak, w wieku lat dziewiętnastu, znalazł się w obcym mieście, za dobytek mając tylko to, co miał przy sobie.

Przez pewien czas imał się różnych prac, aż w końcu trafił do pobliskiego lazaretu. Tam okazało się, że prócz zdolności do pisania i czytania, ma również dryg do zakładania opatrunków i szwów. Prócz ciepłego kąta i miski strawy, miał tam również okazję ćwiczyć swoją sztukę na ciałach nieboszczyków, po których nie zgłosiła się rodzina.

Tam też poznał miłość swojego życia - Ajdę.

Było to podczas jednego z bardziej śmiałych rajdów Norsów. Wojownicy przedarłszy się do miasta, wpadli do lecznicy mordując na równi medyków, jak i opatrywanych rannych. Inwar niewiele myśląc stanął wtedy do obrony swojej przyszłej żony. I choć cios topora prawie pozbawił go życia, to zyskał sobie tym czynem miejsce wśród mieszkańców tej części Nordlandu, do tej pory mających go za mięczaka ze stolicy.

Długie tygodnie spędził potem w łóżku, którego niegdyś doglądał i choć rany się zagoiły, to na jego twarzy na zawsze pozostanie paskudna szrama.

Rekonwalescencje umilały mu rozmowy z doglądającą go Ajdą oraz z leczącym swoje rany na pobliskim posłaniu szlachcicem, Torwaldem, i to właśnie jemu Ingwar zawdzięcza powrót do rzemiosła. Gdy stało się jasne, że wojownik wróci do zdrowia, poprosił o tatuaż serca przebitego włócznią w podzięce za przywrócenie do zdrowia.

Mając za sobą przyjaźń Torwalda i ślady obrony przed grabieżcami, Ingwar zdołał wrócić do swojej profesji.

Następnego lata Ingwar oświaczył się Ajdzie.

I choć ich małżeństwo należy uznać za udane, to z każdym rokiem w małżonkach pasją coraz bardziej gasła. Ajda, jak przystało na kobietę północy, twardą ręką dba o ich wspólny dom pod miastem oraz dzieci. Ingmar, choć nigdy nie pogodził się z oziębieniem w ich związku, to nie dopuściłby do siebie myśli o poniechaniu obowiązków męża i ojcieca. Małżonków łączy teraz wzajemny szacunek oraz troska o pociechy.

Ajda dała Ingwarowi piątkę dzieci: najstarszego syna Finbjorna który założył już swoją rodzinę, ojcowską dumę Veggirra od niedawna terminującego w cechu szkutników oraz trzy córki Halle, Blende i Astrid, z tego ostatnia za rok będzie w wieku odpowiednim do zamążpójścia.

Dziś Ingwar większość czasu podróżuje pomiędzy osadami, oferując swe usługi.

Nosi się skromnie, lecz cały swój ubiór i dobytek zwykł pokrywać wzorami. Prawdę mówiąc jest to jedno z jego dziwactw - nieustannie szkicuje, rzeźbi lub maluje na prawie wszystkim, co wpadnie mu w dłonie. W koszuli zwykł nosić zaszyte dwie monety, zapłatę dla Morra w przypadku niespodziewanej śmierci. Jasne włosy spina z tyłu głowy boki utrzymując wygolone. Nosi kilka tatuaży, z tego dwa wykonał dla niego jeszcze ojciec, w tym wizerunek kruka na piersi.

Inwar zwykł przed snem ustawiać w pobliżu łóżka misę żarzących się węgli lub niewielką świece - prośbę o spokojny sen bez wizji, kierowaną do Morra, choć jego ojciec niekiedy nazywał tego boga innym mianem.

Pobyt na północy odbił się również na jego pracach. Wiele z nich wywodzi się ze starych, tradycyjnych wzorów, których nieustannie poszukuje. Gdy nanosi je na skórę klientów zwykł śpiewać cichym głosem. Ingwar przed wykonaniem tatuażu zwykł długo rozmawiać z potencjalnym klientem - wierzy, że każdy symbol ma w sobie moc i historie. Musi być pewien, że ten, który go otrzyma zasługuje na niego.

Relacja z pierwszej sesji nowej kampanii. Postanowiłem utrzymać ją w formie dziennika. Mam nadzieje, że się spodoba i bądźcie wyrozumiali wobec braku warsztatu literackiego.

Dzień 1 - Gdzieś pośrodku niczego

 Zawsze uważałem, że prowadzenie dziennika w pewien sposób zabija pamięć o przeżytych chwilach. Dziś przekląłem się nie raz za te idiotyczną myśl. Gdybym miał choć skrawek dziennika, nasza sytuacja nie byłaby tak zła... Spróbuję więc przelać na papier ostanie wydarzenia, aby nic więcej mi nie umknęło.
Dzisiejszy dzień zaczął się niezwykle boleśnie - wraz z towarzyszami ocknęliśmy się w wąwozie, którego nikt z nas nie kojarzył. W całkiem obcej mi okolicy. W powietrzu cały czas czułem działanie magii, a sam ten ślad dzwonił mi w przeraźliwie w uszach. Z każdą chwilą było coraz więcej zagadek. Ani ja ani żaden z moich dwóch towarzysz nie pamięta nic z wydarzeń jakie nastąpiły po naszej ucieczce z Oldenlitz, a jeśli wierzyć dacie bitej na monetach w naszych kieszeniach, minęły ponad dwa lata od tych mrocznych. Dwa lata! Czy udało mi się w tym czasie uwolnić żonę i dzieci czy wciąż cierpią za moją głupotę? Gdy o tym myślę, coś mrocznego kłębi się w mojej głowie. Nie wiem, czy chcę to sobie przypomnieć ale muszę.
Co my tu robimy? Dlaczego nasze ubrania i broń noszą ślady orczej krwi?
I dlaczego, na Morra, znam smak orczej posoki?

Dzień 2

Pamięć wciąż nie powraca.
Ruszyliśmy wybrawszy kierunek na chybił trafił.
Jest chłodno.
Naszym zmartwieniem staje się brak jedzenia i wody.
Szliśmy, aż opadliśmy z sił.
Rozbiliśmy obóz, spróbujemy przetrwać noc.

Dzień 3 - wciąż nie wiem, gdzie jestem...

Nie było nam dane przespać noc spokojnie. Obudził nas hałas zbliżającej się grupki goblinów.
Wszystko wydarzyło się błyskawicznie - parę sekund po przebudzeniu byliśmy gotowi do walki nNie myśleliśmy o ucieczce, bez wahania rzuciliśmy się na zielonoskórych. Coś niepokojącego było w tych kilku chwilach brutalnej przemocy, jakby moje ciało wykonywało za mnie czynności. Wyprowadzałem ciosy na sposoby, których nie pamiętam, abym się uczył.
Czy tak wygląda teraz moje życie?
Co stało się z nami przez te lata, że spotkanie z dzikimi istotami spłynęło po nas jak po kaczce?
I dlaczego po walce odruchowo zebraliśmy zęby poległych?
To chyba nie jedyni zielonoskórzy w okolicy. Widzimy przed nami dym i kurz wzbijany przez wiele stóp.

Dzień 4

Podążając za orkami natrafiliśmy na ślady walk. Wygląda na to, że te dzikusy walczą ze sobą z taką samą zajadłością, z jaką nadają na ludzkie osady.
Głód dalej nam doskwiera.
Ruszamy za tym odziałem zielonoskórych - z jakiegoś powodu czujemy, że powinniśmy...

Dzień 5 - Księstwa graniczne?

Powracają strzępy wspomnień i choć nie ma w nich ładu, to jest to dobry znak.
Odział orków dołącza do wielkiego obozu zielonoskórych który widzimy ze wzgórza gdzie rozbiliśmy obóz.
Wszystko wskazuje na to, że to nasz cel. Jak przez mgłę przypominamy sobie, że mieliśmy zebrać informacje o tej orczej hordzie.
Jutro mamy zamiar dostać się do  obozu. Kończymy właśnie przygotowywać goblińskie przebrania, blizna na twarzy nawet pomaga.
To szaleństwo, ale co nam pozostało.
Niech Morr ma nas w opiece.

Dzień 8 - obóz zielonoskórych

Udało się. Gdyby ktoś nad teraz zobaczył ujrzałby trzy dziwne pokraczne gobeliny.
Musimy na siebie uważać.

Dzień 9

Widziałem dziś z daleka przywódcę hordy - nawet zdaleka poczułem aurę magii bijącą od tego olbrzymiego orka.
Azhag - imię skandowane przez zielonoskórych, gdy przeleciał nad obozowiskiem na swojej latającej bestii. Zielonoskórzy wpadli w amok.
Wieczorem bębny i pieśni szamanów. Głowa mi pęka od wiatrów plugawej magii unoszącej się od ich zgromadzenia - czy to możliwe, że mają zamiar wezwać na swoje usługi umarłych?

Dzień 11

Dwa dni przeleżałem w barłogu dochodząc do siebie po bójce w którą się wdałem. Jakiś goblin potrącił mnie, wytracając mi miskę z cieniutką zupą na błotnistą ziemię. Następne, co pamiętam, to uderzanie jego głową o kamień tak długo, aż usłyszałem łamane kości. Teraz znów nikt mnie nie zaczepia. 

To miejsce doprowadza mnie do szaleństwa. Moi towarzysze też są spięci - jednak lepiej niż ja panują nad sobą, ale wieczorem, gdy brzmią bębny, widzę w ich oczach coś, co jeży mi włosy na karku.

Dzień 14

Węszymy. Jeden z nas podłapał nieco język, drugi liczy bestie, ja robię rysunki totemów, barw wojennych - wszystkiego, co może mieć znaczenie.
Śmierdzimy.

Dzień 15

Przekleństwo! Dziś jeden z goblinów zauważył mnie, jak odrysowywałem jeden z totemów. Sądząc po naszyjniku z zębów i uszu, to ktoś ważniejszy. Rzucił mi płat skóry pokrzykując coś w ich plugawej mowie. Wygląda na to, że chce abym zrobił dla niego proporzec.

Dzień 16

Mamy już prawie wszystko. Jutro opuścimy obóz. Planujemy porwać jeden z wilczych rydwanów.
Goblin odebrał swój sztandar, ale nie cieszył się z niego za długo - przechodzący wielki ork zwrócił uwagę na nowo ozdobioną skórę. Po chwili goblin przykładał brudny gałgan do poranionej twarzy, a ja ściskałem w zdrętwiałych z przerażenia dłoniach kilka świeżo wybitych goślińskich zębów. Dawno nie byłem tak przerażony, jak wtedy, gdy wpatrywałem się w plecy odchodzącego z moim sztandarem zieloskórego.
Chcę opuścić te miejsce.

Dzień 18

Nie wierze, że udało się nam uciec!
Po dniach w brudnym obozowisku, podróż rydwanem była odświeżająca. Miałem wrażenie, że pęd wiatru zwiewał z nas brud i smród ostatnich dni.
Zwierzęta pociągowe zabiliśmy, a resztki rydwanu właśnie dogasają.
Zmierzamy przez góry w kierunku cywilizacji...
...i kąpieli.

To tyle następna sesja już dziś. Wyczekujcie dalszej części dziennika.
Dajcie też znać, co sądzicie o takim raporcie z sesji.



piątek, 3 listopada 2017

Spichlerz - makieta low cost

264 dzień w sieci...
Ruiny, które przetrwały wiele...

Dziś mam dla Was coś z moich starszych prac i jednocześnie pierwszą makietę na blogu.
Przed Wami Spichlerz dedykowany dla Warheima. Na co dzień możecie go znaleźć w Katowickim Innym Wymiarze, gdzie dzielnie służy od ponad 2 lat. Zawędrował tam przy okazji pierwszego Turnieju Warheima - Piekło pocztowe.

Chwilowo wrócił do warsztatu wraz z innym budynkiem, o którym napiszę innym razem.
Ku mojemu zdziwieniu makieta sprostała trudom życia w gralni. Spisała się wręcz celująco. Nosi tylko delikatne ślady zużycia - możecie zobaczyć je na zdjęciach, zanim wróci do klubu pewnie je naprawię.

Cóż wyjątkowego jeszcze jest w tej makiecie? To, że została zbudowana w całości ze śmieci i rzeczy, które każdy może znaleźć w domu.

Za podstawę służy gruby karton - nieregularny bruk wykonałem z korka, a kamienne elementy podmurówki oraz schody wykonane z styroduru. Ściany oraz podłoga budynku to karton oklejony taśmą malarską, zaś elementy drewniane wykonałam z koszyczka po truskawkach i kilku innych "śmieciowych" deseczek.

Malowanie również zostało wykonane tanim kosztem. Czarny podkład z puszki, to farba nie przeznaczona do figurek, a biały akryl na ścianach oraz bejca do drewna są pozostałościami po moim remoncie.

Muszę powiedzieć, że jestem z niej zadowolony - budynek stworzony, jako potrzeba zapełnienia stołu przed turniejem, wciąż urozmaica rozgrywki w katowickim klubie.

A Wam zdarzyło się grać z tym budynkiem na stole?
Jeśli jesteście w okolicach Katowic to zapraszam do rozgrywek Warheima.