Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 marca 2020

Secrets of Artoria - Narrative campaign for 40k - FKB ed. #67

1156 dzień w sieci... / 1156 days in the web...
A bright new adventure...

Dziś ostatni dzień marca, najwyższy więc czas aby opublikować wpis w ramach Figurkowego Karnawału Blogowego. Wodzirejką tej sześćdziesiątej siódmej edycji jest Viluri z bloga rzuć90k6!, a temat jaki zaproponowała blogosferze na trzeci miesiąc tego roku brzmi:

Przygoda!

Zachęcony tym tematem postanowiłem się podzielić z Wami przygodą, jaką sam sobie i kilku znajomym zafundowałem w tym roku. A przy okazji też przeżywam parę przygód z nowymi mediami. Zapraszam więc na pierwszy wpis w nowej serii :)

Sekrety Artorii 
kampania 2020

Z początkiem roku zebrałem swoich znajomych grających w Warhammer 40k i zaproponowałem im rozegranie kampanii. Zależało mi na nieco innym podejściu do grania w tego bitewniaka. Od jakiegoś czasu odczuwałem znużenie kompetytywnymi rozgrywkami. Potrzebowałem swoistego odświeżenia. 

Staram się myśleć o tej kampanii bardziej jak o sesji rpg lub grze narracyjnej - zwycięstwo nie jest istotne, bo w gruncie rzeczy nie ma czegoś takiego, jak wygrana w tej kampanii - wyniki bitew będą mieć wpływ na kierunek, w którym potoczy się historia. Postawiłem się w roli mistrza gry, proszą graczy o sporą dozę zaufania. 

Kampanię wstępnie zaplanowałem na sześć bitew, do rozegrania w ciągu roku, każda z nich będzie mieć własne specjalne zasady, a z każdym rozdziałem gracze będą odkrywać więcej informacji o systemie Artoria i o tym, co się w nim dzieje.

Zmiany, jakie zasugerowałem, były znaczne: rezygnacja z ograniczeń match play, niestandardowe misje, opcjonalne zasady etc, a o większości tylko mgliście wspomniałem graczom podczas ich rekrutacji. Mimo to zebrałem całkiem spore grono.

Do kampanii przystąpiło aż dziesięciu graczy wliczając w to też moją osobę. Miałem więc nielichy zgryz, jak to wszystko pożenić fabularnie, ale jakoś się udało. 

W międzyczasie poprosiłem każdego z graczy, aby przygotował specjalnego bohatera oraz napisał dla niego krótką historię - niektórzy z nich przygotowali nawet specjalnie na tę okazję modele. W nadchodzących wpisach postaram się Wam przybliżyć sylwetki herosów, jakich gracze postanowili rzucić w wir tej historii. Kto wie, może parę słów poświęcę też tym szaleńcom, którzy postanowili się w to zaangażować. 

Dziś dla Was mam prolog przygotowany na wstęp do tej kampanii  - mam nadzieję, że wybaczycie potknięcia, nagrywając go nie spodziewałem się, że będę upubliczniał te kampanię :) 

Znajdziecie tutaj też zasady pierwszej bitwy, którą już większości udało się nam rozegrać. Niestety aktualna sytuacja komplikuje nam tę inicjatywę, ale liczę na to, że gdy wszystko wróci do normy to ruszymy z kopyta z następnymi rozdziałami. 



Today is the last day of March, so it's high time to post an entry as part of the Figurine Carnival Blog. The leader of this sixty-seventh edition is Viluri from the blog Rzuć90k6! and the topic she proposed in the blogosphere for the third month of this year is:


Adventure!

Encouraged by this topic, I decided to share with you an adventure I myself and a few friends have funded this year. And by the way, I also experience some adventures with new media. I invite you to the first entry in the new series :)


Secrets of Artoria 
the 2020 campaign

At the beginning of the year, I gathered my friends playing Warhammer 40k and offered them to play the campaign. I wanted a slightly different approach to playing this battle game. I have been tired of competitive games for some time. I needed some refreshment.

I try to think of this campaign more like an RPG session or narrative game - victory is not important because, in fact, there is no such thing as winning in this campaign - the results of the battles will affect the direction in which the story unfolds. I put myself in the role of master of the game they ask players for a lot of trusts.

The campaigns are initially planned for six battles to be played during the year, each of them will have its own special rules, and with each chapter, players will discover more information about the Artoria system and what is happening in it.

The changes I suggested were significant: giving up match play restrictions, custom missions, optional rules etc, and most of which I only vaguely mentioned to players when recruiting them. Nevertheless, I gathered quite a large group.

Ten players joined the campaign, including myself. So I had a small bite on how to marry it all, but somehow it worked out.

In the meantime, I asked each player to prepare a special hero and write a short story for him - some of them even prepared models especially for the occasion. In the upcoming entries, I will try to bring you closer to the silhouettes of the heroes players decided to throw into the vortex of this story. Who knows, maybe I will devote a few words to those crazy people who decided to get involved.

Today I have a Prologue prepared for you to enter this campaign - I hope you will forgive the stumbling, recording it did not expect me to make these campaigns public :)

You will also find here the rules of the first battle that most of us have already played. Unfortunately, the current situation complicates this initiative for us, but I hope that when everything returns to normal, we will leave the hoof with the next chapters.









czwartek, 9 listopada 2017

Pokusa Arcylicza - dziennik tatuatora cz.1

270 dzień w sieci...
Nie samym bitewniakiem człowiek żyje.

Jakiś czas temu wraz ze znajomymi rozpoczęliśmy rozgrywki w Warhammer RPG. Pierwsza kampania, którą udało się nam rozegrać nosiła tytuł Cienie pod Oldenlitz. Prowadzącym został QC i jego relacje z tych sesji możecie znaleźć tu.

Poprzednio nie udało się mi przygotowywać takich wpisów, teraz jednka postaram się to nadrobić.

Najpierw historia postaci:
Ingwar Egonsson - historia postaci

Ingwar urodził się jako trzeci syn w kupieckiej rodzinie stołecznego Altdorfu. Małżeństwo jego rodziców było dziwacznym mezaliansem - bogata mieszczanka poślubiła ekscentrycznego przybysza z północnych krain, parającego się sztuką tatuowania. Małżeństwo Egona i Matyldy nie trwało długo, ale było szczęśliwe. Matylda posiadając dwóch synów z pierwszego małżeństwa, którzy przejęli już rodzinny interes, mogła poświęcić się wychowaniu pozostałej piętki dzieci, z drugiego małżeństwa

Szybko stało się jasne, że Ingwar odziedziczył o wiele więcej cech po swoim ojcu niż po matce. Jako jedyny yprzejawiał zamiłowanie do rysunku i innych sztuk. Egon upatrzył sobie w nim swojego następcę, dziecko któremu przekaże tajniki sztuki tatuowania. Z każdym rokiem coraz wyraźniej widać było, że prócz talentu chłopak odziedziczył po ojcu również wiele dziwactw. Rzadko potrafił usiedzieć bezczynnie, panicznie reagował na wybuchy gniewu otaczających go ludzi, niekiedy opowiadał o rzeczach, które tylko on widział. Jednak dzięki wysiłkom ojca, Ingwar wyuczył się zawodu i wraz z nim spędzał długie godziny w ojcowskiej pracowni.

Szczęśliwe dzieciństwo nie trwało jednak wiecznie.

Niedługo, po szesnastych urodzinach, chłopak przeżył cios, który głęboko wrył się w jego psychikę.

W warsztacie, w którym pracował jego ojciec wybuchł pożar. Ogień strawił doszczętnie budynek, zabierając ze sobą ojca Ingwara. Na tym nie skończyło się jednak brutalne spotkanie chłopaka z rzeczywistością. Jako, że Egon nigdy nie należał oficjalnie do cechu, mistrzowie zagrozili młokosowi zakazem wykonywania zawodu.

Targany młodzieńczą pasją wciąż, pogrążony w żałobie po stracie ojca, Ingwar zamiast użyć wpływów matki lub przyrodnich braci, zwrócił się ze swoją sprawą do lokalnego sądu Vereny. Kapłani nie chcą narażać się gildii i kierując się ściśle literą prawa orzekli, iż uczeń tatuażysty, nie będącego mistrzem cechu, nie może samodzielnie wykonywać zawodu.

Następne miesiące były dla Inqwara niezwykle ciężkie. Z rozpaczy wyrwała go dopiero propozycja przenosin na północ, którą listownie złożył mu wuj od strony ojca, Ubald.

Młodzieniec przysposobił się do podróży, wcześniej przekazując wujowi majątek pozostawiony mu przez ojca oraz pieniądze, które otrzymał od matki na start w nowym miejscu.

Jakie było zdziwienie Ingwara, gdy po przybyciu do Oldenlitz, zamiast przygotowanego domu zastał tylko wiadomość, że Ubald opuścił miasto nie pozostawiając w nim niczego.

Tak, w wieku lat dziewiętnastu, znalazł się w obcym mieście, za dobytek mając tylko to, co miał przy sobie.

Przez pewien czas imał się różnych prac, aż w końcu trafił do pobliskiego lazaretu. Tam okazało się, że prócz zdolności do pisania i czytania, ma również dryg do zakładania opatrunków i szwów. Prócz ciepłego kąta i miski strawy, miał tam również okazję ćwiczyć swoją sztukę na ciałach nieboszczyków, po których nie zgłosiła się rodzina.

Tam też poznał miłość swojego życia - Ajdę.

Było to podczas jednego z bardziej śmiałych rajdów Norsów. Wojownicy przedarłszy się do miasta, wpadli do lecznicy mordując na równi medyków, jak i opatrywanych rannych. Inwar niewiele myśląc stanął wtedy do obrony swojej przyszłej żony. I choć cios topora prawie pozbawił go życia, to zyskał sobie tym czynem miejsce wśród mieszkańców tej części Nordlandu, do tej pory mających go za mięczaka ze stolicy.

Długie tygodnie spędził potem w łóżku, którego niegdyś doglądał i choć rany się zagoiły, to na jego twarzy na zawsze pozostanie paskudna szrama.

Rekonwalescencje umilały mu rozmowy z doglądającą go Ajdą oraz z leczącym swoje rany na pobliskim posłaniu szlachcicem, Torwaldem, i to właśnie jemu Ingwar zawdzięcza powrót do rzemiosła. Gdy stało się jasne, że wojownik wróci do zdrowia, poprosił o tatuaż serca przebitego włócznią w podzięce za przywrócenie do zdrowia.

Mając za sobą przyjaźń Torwalda i ślady obrony przed grabieżcami, Ingwar zdołał wrócić do swojej profesji.

Następnego lata Ingwar oświaczył się Ajdzie.

I choć ich małżeństwo należy uznać za udane, to z każdym rokiem w małżonkach pasją coraz bardziej gasła. Ajda, jak przystało na kobietę północy, twardą ręką dba o ich wspólny dom pod miastem oraz dzieci. Ingmar, choć nigdy nie pogodził się z oziębieniem w ich związku, to nie dopuściłby do siebie myśli o poniechaniu obowiązków męża i ojcieca. Małżonków łączy teraz wzajemny szacunek oraz troska o pociechy.

Ajda dała Ingwarowi piątkę dzieci: najstarszego syna Finbjorna który założył już swoją rodzinę, ojcowską dumę Veggirra od niedawna terminującego w cechu szkutników oraz trzy córki Halle, Blende i Astrid, z tego ostatnia za rok będzie w wieku odpowiednim do zamążpójścia.

Dziś Ingwar większość czasu podróżuje pomiędzy osadami, oferując swe usługi.

Nosi się skromnie, lecz cały swój ubiór i dobytek zwykł pokrywać wzorami. Prawdę mówiąc jest to jedno z jego dziwactw - nieustannie szkicuje, rzeźbi lub maluje na prawie wszystkim, co wpadnie mu w dłonie. W koszuli zwykł nosić zaszyte dwie monety, zapłatę dla Morra w przypadku niespodziewanej śmierci. Jasne włosy spina z tyłu głowy boki utrzymując wygolone. Nosi kilka tatuaży, z tego dwa wykonał dla niego jeszcze ojciec, w tym wizerunek kruka na piersi.

Inwar zwykł przed snem ustawiać w pobliżu łóżka misę żarzących się węgli lub niewielką świece - prośbę o spokojny sen bez wizji, kierowaną do Morra, choć jego ojciec niekiedy nazywał tego boga innym mianem.

Pobyt na północy odbił się również na jego pracach. Wiele z nich wywodzi się ze starych, tradycyjnych wzorów, których nieustannie poszukuje. Gdy nanosi je na skórę klientów zwykł śpiewać cichym głosem. Ingwar przed wykonaniem tatuażu zwykł długo rozmawiać z potencjalnym klientem - wierzy, że każdy symbol ma w sobie moc i historie. Musi być pewien, że ten, który go otrzyma zasługuje na niego.

Relacja z pierwszej sesji nowej kampanii. Postanowiłem utrzymać ją w formie dziennika. Mam nadzieje, że się spodoba i bądźcie wyrozumiali wobec braku warsztatu literackiego.

Dzień 1 - Gdzieś pośrodku niczego

 Zawsze uważałem, że prowadzenie dziennika w pewien sposób zabija pamięć o przeżytych chwilach. Dziś przekląłem się nie raz za te idiotyczną myśl. Gdybym miał choć skrawek dziennika, nasza sytuacja nie byłaby tak zła... Spróbuję więc przelać na papier ostanie wydarzenia, aby nic więcej mi nie umknęło.
Dzisiejszy dzień zaczął się niezwykle boleśnie - wraz z towarzyszami ocknęliśmy się w wąwozie, którego nikt z nas nie kojarzył. W całkiem obcej mi okolicy. W powietrzu cały czas czułem działanie magii, a sam ten ślad dzwonił mi w przeraźliwie w uszach. Z każdą chwilą było coraz więcej zagadek. Ani ja ani żaden z moich dwóch towarzysz nie pamięta nic z wydarzeń jakie nastąpiły po naszej ucieczce z Oldenlitz, a jeśli wierzyć dacie bitej na monetach w naszych kieszeniach, minęły ponad dwa lata od tych mrocznych. Dwa lata! Czy udało mi się w tym czasie uwolnić żonę i dzieci czy wciąż cierpią za moją głupotę? Gdy o tym myślę, coś mrocznego kłębi się w mojej głowie. Nie wiem, czy chcę to sobie przypomnieć ale muszę.
Co my tu robimy? Dlaczego nasze ubrania i broń noszą ślady orczej krwi?
I dlaczego, na Morra, znam smak orczej posoki?

Dzień 2

Pamięć wciąż nie powraca.
Ruszyliśmy wybrawszy kierunek na chybił trafił.
Jest chłodno.
Naszym zmartwieniem staje się brak jedzenia i wody.
Szliśmy, aż opadliśmy z sił.
Rozbiliśmy obóz, spróbujemy przetrwać noc.

Dzień 3 - wciąż nie wiem, gdzie jestem...

Nie było nam dane przespać noc spokojnie. Obudził nas hałas zbliżającej się grupki goblinów.
Wszystko wydarzyło się błyskawicznie - parę sekund po przebudzeniu byliśmy gotowi do walki nNie myśleliśmy o ucieczce, bez wahania rzuciliśmy się na zielonoskórych. Coś niepokojącego było w tych kilku chwilach brutalnej przemocy, jakby moje ciało wykonywało za mnie czynności. Wyprowadzałem ciosy na sposoby, których nie pamiętam, abym się uczył.
Czy tak wygląda teraz moje życie?
Co stało się z nami przez te lata, że spotkanie z dzikimi istotami spłynęło po nas jak po kaczce?
I dlaczego po walce odruchowo zebraliśmy zęby poległych?
To chyba nie jedyni zielonoskórzy w okolicy. Widzimy przed nami dym i kurz wzbijany przez wiele stóp.

Dzień 4

Podążając za orkami natrafiliśmy na ślady walk. Wygląda na to, że te dzikusy walczą ze sobą z taką samą zajadłością, z jaką nadają na ludzkie osady.
Głód dalej nam doskwiera.
Ruszamy za tym odziałem zielonoskórych - z jakiegoś powodu czujemy, że powinniśmy...

Dzień 5 - Księstwa graniczne?

Powracają strzępy wspomnień i choć nie ma w nich ładu, to jest to dobry znak.
Odział orków dołącza do wielkiego obozu zielonoskórych który widzimy ze wzgórza gdzie rozbiliśmy obóz.
Wszystko wskazuje na to, że to nasz cel. Jak przez mgłę przypominamy sobie, że mieliśmy zebrać informacje o tej orczej hordzie.
Jutro mamy zamiar dostać się do  obozu. Kończymy właśnie przygotowywać goblińskie przebrania, blizna na twarzy nawet pomaga.
To szaleństwo, ale co nam pozostało.
Niech Morr ma nas w opiece.

Dzień 8 - obóz zielonoskórych

Udało się. Gdyby ktoś nad teraz zobaczył ujrzałby trzy dziwne pokraczne gobeliny.
Musimy na siebie uważać.

Dzień 9

Widziałem dziś z daleka przywódcę hordy - nawet zdaleka poczułem aurę magii bijącą od tego olbrzymiego orka.
Azhag - imię skandowane przez zielonoskórych, gdy przeleciał nad obozowiskiem na swojej latającej bestii. Zielonoskórzy wpadli w amok.
Wieczorem bębny i pieśni szamanów. Głowa mi pęka od wiatrów plugawej magii unoszącej się od ich zgromadzenia - czy to możliwe, że mają zamiar wezwać na swoje usługi umarłych?

Dzień 11

Dwa dni przeleżałem w barłogu dochodząc do siebie po bójce w którą się wdałem. Jakiś goblin potrącił mnie, wytracając mi miskę z cieniutką zupą na błotnistą ziemię. Następne, co pamiętam, to uderzanie jego głową o kamień tak długo, aż usłyszałem łamane kości. Teraz znów nikt mnie nie zaczepia. 

To miejsce doprowadza mnie do szaleństwa. Moi towarzysze też są spięci - jednak lepiej niż ja panują nad sobą, ale wieczorem, gdy brzmią bębny, widzę w ich oczach coś, co jeży mi włosy na karku.

Dzień 14

Węszymy. Jeden z nas podłapał nieco język, drugi liczy bestie, ja robię rysunki totemów, barw wojennych - wszystkiego, co może mieć znaczenie.
Śmierdzimy.

Dzień 15

Przekleństwo! Dziś jeden z goblinów zauważył mnie, jak odrysowywałem jeden z totemów. Sądząc po naszyjniku z zębów i uszu, to ktoś ważniejszy. Rzucił mi płat skóry pokrzykując coś w ich plugawej mowie. Wygląda na to, że chce abym zrobił dla niego proporzec.

Dzień 16

Mamy już prawie wszystko. Jutro opuścimy obóz. Planujemy porwać jeden z wilczych rydwanów.
Goblin odebrał swój sztandar, ale nie cieszył się z niego za długo - przechodzący wielki ork zwrócił uwagę na nowo ozdobioną skórę. Po chwili goblin przykładał brudny gałgan do poranionej twarzy, a ja ściskałem w zdrętwiałych z przerażenia dłoniach kilka świeżo wybitych goślińskich zębów. Dawno nie byłem tak przerażony, jak wtedy, gdy wpatrywałem się w plecy odchodzącego z moim sztandarem zieloskórego.
Chcę opuścić te miejsce.

Dzień 18

Nie wierze, że udało się nam uciec!
Po dniach w brudnym obozowisku, podróż rydwanem była odświeżająca. Miałem wrażenie, że pęd wiatru zwiewał z nas brud i smród ostatnich dni.
Zwierzęta pociągowe zabiliśmy, a resztki rydwanu właśnie dogasają.
Zmierzamy przez góry w kierunku cywilizacji...
...i kąpieli.

To tyle następna sesja już dziś. Wyczekujcie dalszej części dziennika.
Dajcie też znać, co sądzicie o takim raporcie z sesji.



poniedziałek, 30 stycznia 2017

Po raz pierwszy u mnie - Figurkowy Karnawał Blogowy XXIX - Opowieść



5 dzień w sieci
Pora coś napisać... 
Figurkowy Karnawał Blogowy - to inicjatywa, którą śledzę od jakiegoś czasu. Tym razem postanowiłem wziąć w niej  czynny udział. Karnawał rozpoczął Inkub w 2014 roku (!) na blogu Wojna w miniaturze Tematem XXIX edycji, wybranym przez koyoth'a na blogu shadow grey, jest opowieść.

Postanowiłem popełnić jakiś kawałek tekstu.  Fabuła mojej opowieści jest inspirowana rozgrywkami Warheima, które odbyłem w Katowickim Innym Wymiarze. Miłej lektury.




*
Koła wozu grzęzły w rozmokłym po ostatnich deszczach gruncie. Zwierzęta chrapały i stękały wyszarpując raz po raz pojazd z leśnego duktu.
Brodate twarze podróżnych, ukryte pod szerokimi kapturami, były zmęczone i wymizerowane dniami spędzonymi na szlaku. Stalowe latarnie kołysząc się na wozie, rozświetlały mrok zalegający wokół.
Najpierw przyszła mgła. Mroźny, gęsty opar uniósł się przesłaniając okolicę i tłumiąc wszelkie dźwięki lasu. Białawe palce mgły zdawał się wpełzać pod ubrania i pancerze, mrożąc khazadów do kości. Dało się usłyszeć ściszone modlitwy do Valayi, mamrotane przez towarzyszących wozowi wojowników.
Las był pogrążony w złowrogiej ciszy nie dało się usłyszeć ni wycia wilków ni trzasku gałęzi. Bestie bez ostrzeżenia wypadły spomiędzy drzew na podróżnych.
Walka  była szybka i chaotyczna. Ciemność rozdarł szczęk stali i dzikie ryki zwierzoludzi. Khazadzi walczyli w ciszy. Na twarzach rozświetlanych wystrzałami z broni, malowała się ponura determinacja. Wiedzieli, że przyjdzie im polec na tej zapomnianej przez bogów drodze. Wrogów było zbyt wielu. Nie zamierzali jednak tanio oddawać swojego życia.
I tak, jak niespodziewanie wrogowie runęli na krasnoludów, tak samo niespodziewanie odstąpili. Po chwili pośród traktu rozoranego kopytami bestii chaosu, stali uwalani błotem i krwią khazadzi. Jednak nie wszyscy.

**
Tej nocy obóz klanu Porter był cichy i posępny. Nie odszpuntowano żadnej beczki. Nikt nie śpiewał pieśni. Nie podano nawet jadła. Większość khazadów zebrała się wokół ogniska, milcząco wpatrując się w ogień.
Choć nikt tego nie mówił, każdy z nich myślał o tym samym. Ich Tan nie przeżyje nocy. Wszyscy widzieli ranę. Plugawe ostrze bestigora pękło, zostawiając odłamki zardzewiałej stali w brzuchu ich wodza. Gorączka pojawiła się prawie natychmiast. Teraz złożony na wozie, walcząc z agonią, przekazywał swoją ostatnią wolę inżynierowi, który odtąd będzie dalej ich prowadził.
Ciszę,która zawisła nad ogniskiem, przerywał tylko chrobot noża o stalową miednicę - nieco dalej poza kręgiem, zawiesiwszy na gałęzi latarnię, jeden z wojowników golił swoją głowę. Nikt z pozostałych nie dziwił się temu. Umierający to jego szwagier, a on obiecał siostrze sprowadzić go bezpiecznie do domu.
- Szlachetny Długobrody, spójrz na nich. Zbici jak bezpańskie psy - krew z ogolonej czaszki zhańbionego skapywała na jego tors, który już niedługo pokryją tatuaże - pokrzep nas jakąś historią. Znałeś go przecież najdłużej.
Wydawało się, że stary wojownik niedosłyszał. Po chwili jednak  cichym, głębokim głosem zaczął snuć opowieść i choć jego oczy wciąż wpatrzone były w ogień, to on sam był gdzieś o wiele dalej.

***
Było to bodajże dziesięć lat po tym, jak osiedliliśmy się w twierdzy, z której teraz uchodzimy. Joahim ledwie został przyjęty  w szeregi wojowników, a już pchał się w najgorsze kabały.
Trzeba wam wiedzieć, że dziad jego Veit też miał niespokojny charakter. W swych młodzieńczych latach, wraz z grupą poszukiwaczy, wyruszył do przeklętego miasta Mordheim. gdzie postradał swój żywot w walce ze skaveńskim zepsuciem. Nim zmogła go jednak trucizna, zaprzysiągł swych potomków, aby nigdy nie marnowali okazji do wygubienia tej rasy szkodników.
Tak więc, gdy rozeszły się wieści o skaveńskich atakach na ludzkie osady, młody Joahim był jednym z pierwszych, którzy zgłosili się by wesprzeć w walce naszych sojuszników.
Wyruszyliśmy w pośpiechu w liczbie zaledwie dwunastu tarcz. Pewni siebie i żądni chwały.
Gdy dotarliśmy na miejsce, było już za późno. Bramy wioskowej palisady stały otworem, a strzechy budynków płonęły. Nigdzie nie było widać żywego ducha.
Ruszyliśmy szukać ocalałych, którzy mogli pochować się po domach.
Byliśmy młodzi i głupi. Szybko straciliśmy siebie z oczu,a nasi wrogowie tylko na to czekali.
Zaatakowali po trzech, czterech na jednego. Nie były to cherlawe szczurze dzieci, jakich się spodziewaliśmy, ale orkowie z gór. Ci sami, o których potem miało być głośno w okolicy.
Byliśmy w parszywej sytuacji. Zaskoczeni i przywaleni przewagą liczebną. Nie ukrywam byłem pewien, że zginę. Walczyłem bowiem sam przeciw dwóm orkowym wojownikom. Gdy już prawie leżałem, a sił stało mi jeno aby tarczą się zasłaniać, spostrzegłem mojego towarzysza. Walczył na jednym z balkonów pobliskiego budynku. Powaliwszy swego wroga pośpieszył mi z odsieczą.Nie czekał nawet, aż truchło orka upadnie. Skoczył z wysokości wprost na moich wrogów. Samym impetem powalił jednego. A szerokim cięciem pozbawił głowy następnego. Wyrwał mnie z odrętwienia i porwał na nogi, choć byłem wtedy bardziej ochłapem mięsa, niż towarzyszem. Tego dnia uratował mnie i trzech innych wojowników. I choć sam był nie mniej ranny od nas, to jego pasja zagrzewała nas do walki. Udało nam się przedrzeć, a kilka lat później wywarliśmy pomstę na herszcie tej plugawej bandy. Od tego dnia zawsze szliśmy w bój ramię w ramię. Nigdy bym nie pomyślał, że on wcześniej ode mnie wyruszy na spotkanie przodków.

****
Ze stosu unosiła się już tylko delikatna strużka dymu, gdy ruszyli w dalszą drogę. Ciało swojego wodza zmuszeni byli oddać płomieniom. Zbyt daleko bowiem mieli do rodowych, kamiennych grobowców, a w pobliżu zbyt wiele panoszyło się  padlinożerców, by powierzyć go ziemi.
Koła znów potoczyły się traktem, a buty zyskały kolejną warstwę błota i kurzu.
Z gardeł kazadów popłynęła pieśń przodków, do której dziś dodali kolejne imię.
Imię,  za które będą przelewać krew wrogów i wznosić toasty po bitwie, póki sami nie dołączą do pieśni.